

Sylwia Chutnik - rocznik 1979. Feministka, członkini Porozumienia Kobiet, działaczka społeczna, kulturoznawczyni, absolwentka Gender Studies. Szefowa (lubi jak się ją nazywa prezeską) Fundacji MaMa (www.fundacjamama.pl). Miłośniczka Warszawy, autorka powieści „Kieszonkowy atlas kobiet”' (wyd. Korporacja Ha!art). Spotkanie z Sylwią Chutnik zakończyło kolejną edycję festiwalu Pory Prozy.
![]() |
| Sylwia Chutnik |
Kamil Dąbrowski: Zanim wydałaś „Kieszonkowy atlas kobiet" i zostałaś prezeską Fundacji MaMa byłaś… No właśnie – sięgnijmy do Twoich korzeni. Jak się zaczęła ta historia?
Sylwia Chutnik: W związku z tym, że zaczęłam się wcześnie buntować, w wieku 11-12 lat, okres wnikania w punk rocka podzieliłam na dwa etapy. Pierwszy etap - wtedy, kiedy jeszcze nie mogłam chodzić na koncerty i ten drugi etap - kiedy już mogłam na nie chodzić, a co za tym idzie, mogłam poznawać nowych ludzi i wymieniać się z nimi poglądami. Ten pierwszy okres przypadł wtedy, kiedy poznawałam muzykę rockową, grunge’ową i punkową rzecz jasna. Wtedy też poszłam na swój pierwszy koncert. [Dezerter – przyp. red.]. Działo się to w czasie, gdy chodziłam do ósmej klasy. Wtedy też trafiłam do KLANU-u, czyli Klubu Ludzi Artystycznie Niewyżytych, prowadzonego przez świętej pamięci Danutę Wawiłow. Tam też poznałam wiele osób, które, nie ukrywam, wniosły wiele do mojego życia, znalazły się w odpowiednim czasie i miejscu, robiły i myślały podobnie jak ja. To był duży impuls dla mnie i dzięki temu poczułam, że mogę się wreszcie rozwijać i wykorzystywać swój czas na działania kreatywne. Po pierwszych zajęciach w KLAN-ie zostałam wegetarianką, pożyczałam pierwsze punkowe kasety. Po jakichś trzech miesiącach poszłam na koncert, wspomnianego wcześniej, Dezertera. Upiłam się na nim i w rezultacie dostałam szlaban od mamy. Kara polegała na tym, że nie mogłam chodzić przez tydzień na koncerty. W czasach liceum, z kolei zostałam wolontariuszką Amnesty International. Wiele się dowiedziałam na temat tej organizacji, mogłam rozprowadzać ich materiały. Oczywiście znów były kontakty z ciekawymi osobami. W międzyczasie przystąpiłam do pierwszej w Polsce utworzonej grupy anarchio-feministycznej – tak! Nie bójmy się nazywać tego PO imieniu! Grupa początkowo nazywała się Kobiety Przeciwko Dyskryminacji i Przemocy. Potem przemianowała się na Emancypunx. To, z kolei, dawało mi już bliższą styczność z dystrybucją zaangażowanej literatury, płyt i kaset oraz poszerzanie kręgu znajomych o podobnych zainteresowaniach. Większość czasu spędzałam na tzw. Czad Giełdzie [miejsce, gdzie można było kupić materiały związane ogólnie z kulturą undergroundu – przyp. red.]. Tam też poznałam Pawła Dunin-Wąsowicza [ówczesnego redaktora naczelnego „Lampy i Iskry Bożej”, dziś „Lampy” – przyp. red.]. Teraz, jak mnie spotyka to mówi: „ooo… kiedyś to na giełdzie razem się stało, a teraz to do Polityki się pisze”. I właśnie tamten okres, ’95 – ’99, był czasem kiedy oprócz poznawania tych wszystkich interesujących i wartościowych ludzi, nasiąkłam tą ideologią, tą kulturą undergroundową, którą noszę po dzień dzisiejszy. To wszystko jest razem ze sobą nierozłącznie związane. Np. bez polityki nie ma u mnie muzyki, nie ma też twórczości bez polityki i zacięcia społecznego. I dlatego staram się to ciągle łączyć i pamiętać o tym.
A więc tamten okres niewątpliwie wpłynął na Ciebie twórczo i odkrywczo. Od punkówy w Emancypunx, wolontariuszki w Amnesty International doszłaś po pewnym czasie do Fundacji MaMa, której jesteś prezeską. Powiedz, jak jest odbierana tego typu działalność w Polsce, w Twoim otoczeniu? Czy do działania i odbierania tego typu działań społecznych potrzebna jest jakaś wrażliwość?
Tę wrażliwość można podzielić na odczucia wobec innych osób i danych sytuacji oraz na wrażliwość społeczną. Myślę, że w Polsce nadal mamy duży problem ze słowem „społecznik”. Ludzie nie mają pojęcia o społecznikostwie. Nazwa ta kojarzy się przeważnie z jakimś aktywistą partyjnym lub osiedlowym, który np. pilnuje śmietnika, aby śmieci były wyrzucane przez mieszkańców danego bloku. Ta sprawa jest ośmieszona przez czasy PRL-u. I za tym się kryje pytanie – dlaczego w Polsce nie istnieje społeczeństwo obywatelskie? Polacy bardzo się boją wszystkiego, co jest związane z organizacjami pozarządowymi, z tzw. trzecim sektorem. NGO-sy (Non-governmental organization – przyp. red.) oraz różnego rodzaju fundacje kojarzą się z wielkimi organizacjami zamieszanymi w afery korupcyjne, machloje. Przykład: Porozumienie bez Barier – fundacja Jolanty Kwaśniewskiej. I to jest przykre. Ludziom się wydaje, że jak ktoś chce pomagać innym za darmo, ew. za jakąś symboliczną kwotę pieniędzy to jest od razu podejrzane – „Halo, halo… jak to? Za tym coś się kryje”. I tej wrażliwości osób działających w NGO-sach ogół społeczeństwa nie rozumie. Działalność ta postrzegana jest właśnie jako robienie podejrzanych interesów. Teraz sama mam przykład ludzkiej niechęci i podejrzliwości. Razem z koleżankami z Fundacji MaMa organizujemy np. bezpłatne szkolenia, kampanie społeczne. I te działania spotykają się z częstym niezrozumieniem – „O co im chodzi? No jak to? Za darmo? To musi być jakiś przekręt.” A jak już ktoś przychodzi do nas ,to jest postawa roszczeniowa. Ludziom wydaje się, że fundacja musi fundować albo, że fundacja ma dużo pieniędzy z Unii Europejskiej. I jak przychodzi do nas taka osoba z tą postawą roszczeniową i z pytaniem "Czy są może jakieś ubranka dla mojego 7-letniego synka i przybory do szkoły?", to wiemy już, że korzysta z pomocy organizacji społecznych od lat. Nie ma jakiejś motywacji, które byłyby w stanie przekonywać ludzi, że w Polsce można wziąć sprawy we własne ręce. Ludziom wydaje się, że trzeba dysponować pieniędzmi oraz że wiąże się to ze znajomościami. Mało kto się orientuje, że jednostka czy grupa znajomych może mieć realny wpływ na jakieś sprawy, że można coś zrobić wspólnie w takiej grupie.
Jak duży jest zasięg takiej organizacji, jaką jest Fundacja MaMa?
Kampanie społeczne są przygotowywane na całą Polskę, natomiast najbliżej mamy oczywiście do mam mieszających w Warszawie i staramy się czynnie działać na swoim terenie. Rozdając ulotki „know-how” w innych miastach, chcemy aby osoby właśnie w swoim miejscu zamieszkania miały takie sprawdzone klucze, metody i mogły wykorzystać je u siebie i wziąć sprawy w swoje ręce.
Swoje pierwsze kroki literackie stawiałaś w art.-zine’ach, publikując m.in. wiersze. Wspólnie z koleżankami założyłaś art-zine’a „Bruchamarucha”. Dzisiaj wystarczy założyć bloga i sprawa gotowa – można publikować. Jak wspominasz tamten okres? Jak porównasz go do tego co dzieje się dzisiaj na tej arenie?
Załapałam się na naprawdę świetne czasy, kiedy tego typu działalność była na porządku dziennym. A więc wspomniane giełdy undergroundowe, gdzie m.in. rozprowadzano literaturę zaangażowaną, anarchistyczną. Każdy chciał jakoś zaistnieć. Robiliśmy te zine’y – a to muzyczne, a to anarchio-feministyczne. Jeżeli ktoś nie robił zine’a, to zapewne był autorem i publikował w nich albo artykuły różnego gatunku, albo opowiadania, wiersze, zamieszczał tam swoje grafiki. Dzisiaj z kolei mamy różnego rodzaju strony literackie, na których można opublikować swoją twórczość literacką. Jest tego ogrom w porównaniu z tym ,co robiliśmy wtedy. Jest co prawda większy dostęp i to jest niezaprzeczalny atut tego medium. Wtedy musiałeś znać kogoś kto się zajmował wydawaniem takiego zine’a, albo to ty byłeś tą osobą wydającą. To też miało swój niezaprzeczalny urok. Wycinanie, klejenie, układanie tego w całość. Tak samo większy urok ma książka drukowana niż e-book. W naszej „Brusze” swoją poezję prezentował m.in. Jarosław Lipszyc. To był też świetny okres z tego względu, że swoje początki literackie na większą skalę miały takie pisarki, jak Izabela Filipiak, Olga Tokarczuk, Natasza Goerke. Dzisiaj istnieje np. taka nieszuflada.pl i niemal każdy może tam zaprezentować swoją jakąkolwiek twórczość literacką.
Nawiązując do ostatniego postu z Twojego bloga, gdzie napisałeś czego nienawidzisz, chcę zapytać Ciebie o to, co lubisz.
Lubię mieć uporządkowany dzień, stały rytm dnia. Lubię poznawać nowych, ale fajnych ludzi, z którymi mam nadzieję nadal będę utrzymywała kontakty. Lubię pierwszą płytę Madonny. Bardzo lubię spędzać czas ze swoim synem Brunonem. Lubię jak ludzie zwracają się do mnie per „pani prezesko”. Lubię jak dostaję zwrotne komunikaty od mam z podziękowaniami za współpracę i pomoc.
Na koniec pytanie muzyczne, związane oczywiście z punk rockiem. Czy jest zespół, z którym chciałabyś zaśpiewać?
Oczywiście! Jest to nieistniejący już zespół Bikini Kill, z wokalistką Kathleen Hanna. I jeszcze chciałabym zaśpiewać z Dezerterem, bo znam ich sporo tekstów. Choćby w chórkach, proszę!.
Kamil Dąbrowski
Fot. Anna Grzelewska
Dziękuję za rozmowę!
Białystok, 11 października 2009 r., klubokawiarnia Kopiluwak
blog Sylwii: http://sylwiachutnik.blog.iwoman.pl/
Tagi: Sylwia Chutnik, Pora Prozy, literatura, książka, Porozumienie Kobiet, Kamil Dąbrowski,