
Spięty: Nie jestem powstańcem
autor: Kamil Dąbrowski, Tomek Kudaszewicz,
21.02.2010, 15:59Koncert Lao Che już za nami. Przed Wami lektura wywiadu z liderem kapeli, Spiętym. Z naszej rozmowy dowiecie się między innymi o tym, kto apelował do Prezydenta Kaczyńskiego o przyznanie zespołowi Krzyża Zasługi.
Tydzień po Waszym koncercie w Białymstoku na scenie kina Forum pojawi się L.U.C., który przyjedzie z historycznym multimedialnym projektem "39/89 Zrozumieć Polskę". Lao Che już kilka lat wcześniej wzięło na warsztat ważny wycinek polskiej historii. Czujecie się prekursorami opowiadania historii naszego kraju współczesnymi brzmieniami?
Spięty (wokalista, lider Lao Che): Wiesz, jako zespół mamy to już za sobą. To już niezły kawałek czasu. Poza tym przed nami było Muzeum Powstania Warszawskiego, które stara się pokazywać historię w sposób alternatywny. Udało im się i świetnie funkcjonują. Nasza płyta powstała zupełnie niezależnie od muzeum. Chociaż z drugiej strony - Denat [odpowiedzialny w zespole za sample i animacje - przyp.red.] rzucił hasło już w 2001 roku, żebyśmy nagrali płytę o powstaniu. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że w Warszawie będzie budowane Muzeum Powstania Warszawskiego. Na płycie "Gusła" jest numer "Jestem Słowianinem", pojawia się tam sentencja, że synonim polskości to, między innymi, właśnie powstanie warszawskie. Także pomysł pojawił się już w 2001 roku. Po nagraniu tej płyty zrozumieliśmy, że taka płyta była ludziom bardzo potrzebna. Poza tym dla mnie ta płyta była tak dużym ładunkiem emocjonalnym, że przez dłuższy czas nie mogłem tego unieść. Ale teraz już jest ok, gramy numery z "Powstania" na koncertach. Co ważne - mój stosunek do tej płyty dość mocno się zmienił. Teraz mam już do tego
dystans. Nie wychodzę na scenę jak na barykadę - po prostu gram to. Nie jestem powstańcem.
Czy masz w pamięci koncert z płytą o powstaniu, który zrobił na Tobie szczególne wrażenie? Domyślamy się, że pierwsze koncerty musiały powodować ostry przypływ adrenaliny.
Trudno znaleźć jeden szczególny. W 2005 roku graliśmy koncerty w Warszawie, w małych obsranych klubach, do którego nagle pakowało się 300 osób to sala kipiała. My na pełnym zaangażowaniu, temat bardzo mocny i nośny. Wrzało. To był taki detonator, taka mina. Tych emocji nie dało się utrzymać na długo na wodzy. Dlatego piję (śmiech).
Na ostatnim festiwalu w Węgorzewie Tomek Budzyński z Armii zaapelował do Prezydenta Kaczyńskiego przyznanie Wam Krzyża Zasługi za krzewienie wiedzy o polskiej historii. Słyszałeś coś o tym?
Domyślam się, że Tomek miał dobre intencje, bo wiem, że bardzo podoba mu się nasze "Powstanie warszawskie". Wiem, że to dla niego duża wartość. Ale jaki taki kartofel miałby to docenić?
Porozmawiajmy chwilę o Twojej solowej płycie "Antyszanty". Brać żeglarska chciała wieszać na Tobie psy za to nagranie.
Nie tylko chciała, ale powiesiła. Powiesili i psy wiszą. A ja po prostu chciałem zrobić coś swojego. Kilka razy faktycznie niefortunnie się wypowiedziałem, że w Polsce nie ma dobrych szant. Media to podchwyciły i zaczęło się zamieszanie. Wchodząc do studia nie miałem nagrać czegoś przeciwko, w opozycji. Chciałem nagrać szanty. Ale w miarę upływu czasu i powstawania materiału zorientowałem się, że to nie to. No i wyszło inaczej. Więc bez sensu by było nazywanie tego
szantami. A w kilku wywiadach zapowiadałem, że nagram płytę z szantami, ludzie zaczęli pytać: "Kiedy te szanty?".
Czyli na wybrzeżu masz teraz ciężko...
Nie, bardziej na Mazurach. Ale wiesz, ja mam pełne prawo do nagrania takiej płyty. Od kilkunastu lat uprawiam tę kulturę, znam Mazury na wskroś, wiem jak wyglądają występy zespołów szantowych. Pływałem, piłem piwo i śpiewałem szanty. Etymologia jest taka, że siedem lat temu w porcie w Sztynorcie byłem na koncercie. A tam ze sceny "Żegnaj nam dostojny stary porcie". Pomyślałem wtedy: "Kurwa, no ile można??". Pomyślałem, że fajnie byłoby zrobić coś innego.
Ale gdybyś spytał mnie, który z wykonawców z tego nurtu jest moim ulubionym to nic bym ci nie odpowiedział. Pływam od 1988 roku, więc mogę coś na ten temat powiedzieć. Nagrałem tę płytę i mnie wyklęli.
A teraz jadę z moim akustykiem Michałem na kilka koncertów z "Antyszantami" i zastanawiamy się, który z nas pierwszy dostanie kuflem w łeb (śmiech).
Musimy zadać standardowe pytanie o najbliższe plany Lao Che.
1 marca wydajemy nową płytę, wychodzimy na scenę i gramy koncerty. I tak to wygląda (śmiech). Trasę koncertową zaczynamy 4 marca, jedziemy do 15 miast. Niestety, nie pojawimy się w Białymstoku. Ale w lipcu lub sierpniu mamy zagrać koncert plenerowy w Białymstoku. Jest nawet pomysł, żebyśmy zagrali dwa koncerty dzień po dniu.
Jak wspominasz współpracę z Grabarzem ze Strachów na lachy przy okazji nagrania płyty „Zakazane piosenki”?
Ja się na to targnąłem z tego tytułu, że zawsze byłem z zespołem. A ta sytuacja polegała na tym, że byłem sam, nie miałem za sobą chłopaków z kapeli. Zarobiłem na remont kuchni. Żona zadowolona. Ja też. Znam się od jakiegoś czasu z Grabarzem. Pamiętam, że podobał mu się jeszcze Koli. Nagrywaliśmy kiedyś równolegle płytę w SP Records, poznaliśmy się w 1989 roku. Grabarz to fajny koleś, cały czas próbuje coś zwojować.
Jak patrzysz na Lao Che w kontekście historii polskiego rocka. Bo nie ulega wątpliwości, że weszliście do obiegu i zapisaliście już swoją kartę.
Wiesz, wolę nie odpowiadać na to pytanie, bo trudno jest złapać dystans do samego siebie. To raczej wy, dziennikarze, powinniście odpowiadać na takie pytania. Z mojego punktu widzenia to wygląda bardzo po ludzku: jednego dnia myślę, że jestem wspaniały i robię ważne rzeczy, a dzień później sądzę, że jestem beznadziejny i to co robię jest do dupy. Są takie chwile, kiedy stoję na scenie i czuję tych wszystkich ludzi, którzy przyszli na koncert, czuję pulsację. Wtedy wiem, że to wszystko ma sens i że warto. Najważniejszy jest ten przelot - stoisz na scenie, ale nie wykorzystujesz swojej pozycji. Scena to jest subtelne miejsce i dużo można na niej spieprzyć. Albo robisz z siebie kogoś kim nie jesteś albo starasz się po prostu robisz swoje.
W ostatnim numerze "Przekroju" jest wywiad z Tymonem, który twierdzi, że frontman musi mieć duże ego. Musi używać ego na scenie, żeby absorbować publikę. Jak jest w Twoim wypadku?
Śmieszne, że przywołujesz wypowiedź Tymona. Z tego co wiem - nie darzy nas sympatią. Wiem, że jego zdaniem Lao Che to zespół bogoojczyźniany, że jesteśmy "jebana endecja". Gdy nasze drogi się zbiegną - czuć niechęć z jego strony. Tak sobie czasem żartujemy, że to pan karateka (śmiech). Z tego co wiem Tymon ćwiczy jakieś wschodnie style. Ale nie mamy do niego otwartej niechęci. Wiadomo, że to uznany muzyk. Na przykład Michał, nasz akustyk, dobrze zna jego drogę. Konkludując wypowiedzi Tymona na nasz temat - nie jest nam po drodze, nawet nie chcę się do nich ustosunkowywać. Ja po prostu chcę już napić się wódeczki (śmiech).
Dziękujemy!
Rozmawiali Kamil Dąbrowski i Tomek Kudaszewicz
P.S.
Słowo "Prezydent" pisane wielką literą dedykujemy Ani i Andrzejowi, których przy okazji serdecznie pozdrawiamy.
Tagi: Lao Che, Lao Che wywiad, Spięty, Spięty wywiad, antyszanty, Powstanie warszawskie, Lao Che Powstanie warszawskie, Lao Che Gospel, Lao Che białystok, koncerty białystok, Lao Che Prąd stały/prąd zmienny,
« powrót