Made In Bialystok

Sonda

  • Której z wizytówek Białegostoku brakowałoby Ci najmniej?
głosuj     wyniki

Tomek Gilewicz: Wywodzę się z punk rocka

autor: Tomek Kudaszewicz,
22.12.2009, 04:24


Formacja alco.dudes na to jedno z najbardziej wyrazistych i radykalnych zjawisk na lokalnej scenie artystycznej. O genezie, składzie, projektach i planach alko ziomków rozmawialiśmy z Tomkiem "Gilem" Gilewiczem.


Tomek Kudaszewicz: Zacznijmy od początku. Kim są alco.dudes?

Tomek "Gilu" Gilewicz:
Projekt powstał w latach 2005-06, kiedy pracowaliśmy przy spektaklu "Morosophus". Chociaż już chwilę wcześniej z Kiziakiem,Hemikiem i Nerwusem kombinowaliśmy trochę z filmami. Kiziak miał już za sobą premierę pełnego metrażu, Nerwus kręcił filmy deskowe. A w czasie prac nad "Morosophusem" myśleliśmy o kolejnych wyzwaniach. Zaczęło się od prostych rzeczy, umówiliśmy się na film i powstał "Hardware II" - krótki i mocny obraz o rozwalaniu komputerów. Po drodze było jeszcze kilka innych projektów, ale o tym za chwilę.
Wracając do pytania, Alco.Dudes to: ja, czyli człowiek który zajmuje się scenariuszami i reżyserią, Krzysiek Kiziewicz - teraz bardzo znana postać, filmowiec, art terapeuta, Nerwus - reprezentant Filharmonia Skateboarding, deskorolkowiec, montażysta filmowy, Chemik - grafik, malarz i czasami scenograf i Es - muzyk, producent. Postanowiliśmy, że do naszych projektów będziemy tworzyć własną muzykę, a nie korzystać z sampli i właśnie dlatego dołączył do nas Es. Wcześniej korzystaliśmy z muzyki znalezionej w necie, co w sumie było ok, bo grzebaliśmy w niszy. Ale Es jest konkretnym producentem i warto z niego czerpać. I to jest idealny układ, bo teraz jesteśmy pełnym zespołem, w którym każdy odpowiada za swoją działkę. Możemy robić wszystko: spektakl, performance, film, klip.
A jeśli chodzi o genezę nazwy to wcześniej nazywaliśmy się Relaks Banda i pod tym szyldem zrealizowaliśmy kilka działań, między innymi teledysk dla białostockiej kapeli
Neuropathia – "Freaks on the loose". Okazało się jednak, że Grupa Relaks już istnieje - jest to warszawska formacja wlepkowo-szablonowa. Musieliśmy więc szukać innej nazwy. Alco.Dudes powstało spontanicznie i wcale nie oznacza, że łoimy wódę na potęgę. Wręcz przeciwnie - większość z nas w ogóle nie pije alkoholu. W naszej nazwie nie ma większej ideologii. 
 
 

Który z dotychczas zrealizowanych przez Alco.Dudes projektów uznajesz za najlepszy?

Trudno powiedzieć. Wiesz, niektóre robimy jako zespół, inne w pojedynkę. Na pewno jestem dumny z cyklu "Hardware". Wyszło nam to najlepiej, bo wszyscy braliśmy czynny udział przy powstawaniu tych filmów. Bardzo szanuję rzeczy, które indywidualnie robi Kiziak. Na pewno też Teatr Kolegtyw, który tworzę z Robertem Drobniuchem też ma wplątane działania Alco.Dudes. Dużo jest tych działań, bardzo lubię nasze ręcznie robione wlepki: alko-kupy, alko-stolce, alco.dudesy i mnóstwo innych wlepek.

Jesteście stosunkowo młodym zjawiskiem na lokalnej mapie. Z jakich środowisk się wywodzicie i czy czujecie się częścią lokalnego ruchu artystycznego?

Jesteśmy z podobnych środowisk, bo Kiziak, Chemik i Es są z ekipy hip hopowej, Nerwus z deskorolkowej, a ja wywodzę się z punk rocka, chociaż scena hip hopowa też była i jest mi bliska. A czy czujemy się częścią lokalnej elity artystycznej? Nie. Robimy podziemny i niezależny projekt, nie ma w tym żadnego lansu i napinania się na to, że jesteśmy artystami.

Ok, robicie sztukę niezależną i działacie w podziemiu, a na Waszym kanale na vimeo.com można zobaczyć dziwne filmiki reklamowe. Wiesz - obok totalnie odjechanego filmu, np. "Hardware II" widzę reklamę banku. Nie krytykuję, bo w XXI wieku wciąganie awangardy przez mainstream to zupełnie normalna sprawa.

Fakt. Wzięło się to stąd, że kiedyś realizowaliśmy dla agencji Grupa Białko projekt Alleshow [jedna z akcji reklamowych portalu Allegro.pl - przyp.red.]. Tak zaczął się nasz romans z komercyjnym światem, ale ma to sens. Na przykład było to dobre doświadczenie dla alco.dudsów mających funkcję operatorów i montażystów, a także zapoznanie się z mainstrimową produkcją. Poza tym dzięki takim akcjom zarabiamy pieniądze na swoje autorskie projekty.

Robienie materiałów na potrzeby agencji reklamowych to jedna, ale nie jedyna Wasza przygoda z "wielkim światem mediów". Mieliście też podobno bliskie spotkanie z ekipą TVN...

Taak. Pokazywaliśmy "Morosophusa" w Warszawie. Sytuacja jest taka: to jest spektakl, który powstał totalnie niezależnie, bez pieniędzy od instytucji, jako oddolna inicjatywa. Robiliśmy to za darmo, na krechę. No i w pewnym momencie cała ta nasza robota, to przedstawienie zostało wykorzystane przez część osób z obsady, przez ludzi, którym zależy na dobrym układzie z ogólnopolską stacją komercyjną.
No i była próba w Warszawie. Nagle bez zapowiedzi pojawili się na niej kamerzyści TVN-u i zaczęli kręcić materiał. Byli totalnie nieprzygotowani, nie wiedzieli o co chodzi. Chcieli zrobić fikcyjny reportaż, którego teza była taka: oto powstał świetny spektakl taneczny i powstał z inspiracji wspaniałym programem You can dance. Nie chcieli rozmawiać z twórcami spektaklu, ale z ludźmi, którzy występowali tam gościnnie, na zastępstwie.
Skończyło się tak, że wypieprzyliśmy ich ze sceny.
Jeśli ktoś chce pracować jako dziennikarz i chce być traktowany serio - powinien przygotować się do materiału. Wiadomo, że media są silnym narzędziem propagandy, wszystko mogą zmienić, pociąć, przeinaczyć. Nie chcieliśmy, żeby robili to z naszym spektaklem.
Ekipa argumentowała, że chce pomóc nam w promocji spektaklu. Nie wiedzieli, że "Morosophus" jest już zdjęty z repertuaru i że warszawskie przedstawienie jest jednorazową reaktywacją. Ten spektakl zrobił już swoje, zdobył swoje nagrody.
Z niezależnego wytworu idei Do it yourself chcieli zrobić produkt. Na szczęście im się nie udało. TVN chciał wypromować spektakl dwa lata po premierze (śmiech). Chociaż chyba chodziło nie o promocję "Morosophusa", ale osób luźno z projektem związanych i mających swoje 5 minut w pewnym programie tanecznym.

Po "Morosophusie" zrobiłeś "Fizjotopię" - też spektakl taneczny. Czy masz zamiar na dłużej zatrzymać się przy tańcu i czy nie boisz się, że ta forma jest już lekko zgrana - między innymi przez programy taneczne i powstanie "mody" na taniec?

Tak, ale "Fizjotopia"dotyka tańca w ogóle inny sposób, używa innych technik tanecznych. Jeżeli break dance, to nie taki klasyczny i nowojorski, ale przefiltrowany przez improwizację, zainspirowany tańcem Butoh, dziwnymi formami Piny Bausch, Alainem Platelem.Do tego dochodzi koncepcja Roberta Drobniucha, która robi spektakl mrocznym i tajemniczym.
Planuję ciągnąć to dalej. Pod napisem Teatr Kolegtyw jest hasło: taniec-multimedia-przedmiot. Eksperymentujemy wokół tych trzech wyrazów sztuki. Nie boję się, że będzie to zgrane. Przedmiot, multimedia i inne środki wyrazu dadzą smak.
Mamy w planach kolejne spektakle i naszą ambicją jest stworzenie kolejnego punktu odniesienia na mapie lokalnej sceny teatralnej.
Jeżeli chodzi o to co dzieje się teraz wokóło szeroko rozumianej kultury tanecznej, to intersuje mnie druga strona medalu tego co robi osoba „tańcząca” . Pracując z aktorem / performerem , wykorzystujemy ruch i improwizcację długą i ciężką pracą nawiązując do wielu inspiracji i klasyki. Zjawisko wykreowane przez ostatnie 3 lata przez komercyjne media, a przedwszystkim jedną stację, to subkultura taneczna która niekoniecznie poszła w dobrą stonę. Staram się ignorować to, co się teraz dzieje. „Szukamy najlepszych tancerzy w Polsce” to jest ich hasło reklamowe. I co z tego wynika , że masz rzeszę młodych ludzi, która owinie się arafatką, nałoży oldskulowe trampki i identyfikuje się jako tancerz - „ja jestem tancerzem” bo tańczę w modnym miejscu i się fajnie ubieram, a pojęcia o klasyce nie mam żadnego. To się dzieje we wszystkich miastach w Polsce i nie wydaje mi się że to dobry kierunek , bo nic nie wnosi. Zobacz: ja i ty kiedyś byliśmy małolatami , identyfikowaliśmy się z jakąś kontrkulturą, dajmy na to punkiem, i tym, co za tym szło: ziny, koncerty, niezależne wydawnictwa. To wszytsko miało podłoże kulturowe. Nowe mody są pod silnym wpływem mediów komercyjnych - stąd boom na na taniec. Bardzo dobrze to nazwałeś - „moda na taniec”.

W 2010 miasto ma zamiar wyprodukować duży spektakl taneczny, który ma promować Białystok w Polsce. Wyreżyserowanie spektaklu zlecono podobno artyście spoza naszego miasta, pomimo tego, że Białystok nazywany jest przez wielu "polskim Broadway'em"...

Słyszałem, że miasto chce uderzyć komercyjnie, chce użyć większych nazwisk. Życzę powodzenia. Nie czuję rozgoryczenia, bo widocznie takie jest zapotrzebowanie. Ja dalej będę robił swoje.

Białystok Europejską Stolicą Kultury 2016. Dobry pomysł?

Identyfikuję się z tym regionem, choć na życie zarabiam w Warszawie. Myślę, że to dobry pomysł. Ale pod warunkiem, że w tym mieście powinno więcej się dziać, powinno być więcej niezależnych miejsc. Popatrz na Doomsday - chcieli, starali się i nic z tego nie wyszło. My też staraliśmy się o miejsce - chcieliśmy zagospodarować Węglówkę jeszcze zanim pojawił się i został zrealizowany pomysł w tym roku. Ale nic z tego nie wyszło. Ludzie związani z festiwalem Białysztuk też starali się o miejsce na swoje działania i też bez skutku.
Dwa teatry instytucjonalne plus na przykład 5 offowych to by było dobre rozwiązanie. Ludzie potrzebują czegoś więcej niż farsy w Dramatycznym i sztuka lalkarska w BTL-u.
W tym mieście jest naprawdę dużo pustostanów. Wsadzenie wszystkich stowarzyszeń i teatrów do jednego budynku też nie będzie dobrym rozwiązaniem, bo artyści potrzebują swobody, a nie napiętego grafiku. Wiesz - ciężko jest robić próbę wiedząc, że pod drzwiami czeka już kolejna ekipa i że zostało 5 minut, a ty dopiero łapiesz energię. To są delikatne, twórcze tematy.

Mieszkasz w Warszawie. Porównaj stolicę Polski ze stolicą Podlasia.
 
To jest przepaść. Nie mówię tego złośliwie. Popatrz ile w Warszawie masz teatrów instytucjonalnych - dziesiątki. Prywatnych jest drugie tyle. Poza tym środowiska alternatywne mają bardzo łatwy dostęp do budynków, w Warszawie łatwo dostać miejsce na działania artystyczne. Stowarzyszenia i fundacje zakładają kawiarnie, teatry, kamienice artystyczne i to aż dudni, jest tego naprawdę dużo. I dzięki temu masz wachlarz propozycji: jednego dnia możesz pójść na performance, live act i zakończyć obejrzeniem niezależnego spektaklu.
W Białymstoku to wszystko stoi. Mało: j
eżeli miałbym wymienić to co mi się podoba to: Żóbroofka i Filmowe Podlasie Atakuje. Działka filmowa w Białymstoku działa rewelacyjnie i jako marka jest kojarzona w Warszawie. Tak to powinno hulać we wszystkich przejawach kultury alternatywnej i niezależnej
 
 

Rozmawiał Tomek Kudaszewicz
Fot. Tomek Kudaszewski
Białystok, 09 grudnia 2009

Tagi: alco.dudes, tomek gilewicz, gilu, giloo, kiziak, krzysiek kiziewicz, nerwus, Es, hemik, kultura białystok, europejska stolica kultury, białystok europejska stolica kultury, zagłębie ruhry,


« powrót

Nasi partnerzy