
Wydaje mi się, że widziałem ich ostatnio w Famie, wśród publiczności, na koncercie Golden Parazyth. Nie byłem pewny, czy to oni, bo widziałem ich na żywo tylko raz. W Gwincie, na którychś Zgrzytach, gdzieś pomiędzy 2002 a 2004.
Jestem gorącym zwolennikiem stanowiska mówiącego, że pewne rzeczy powinny umierać swoim naturalnym tempem, a jeśli już umrą, to nie należy ich wskrzeszać. O ile mi wiadomo, nie jestem w tej opinii odosobniony. Są jednak, jak to w życiu bywa, ludzie mający z tylko sobie znanych powodów zdanie zgoła odmienne. Przekonałem się o tym dość dobitnie przy okazji premiery nowej płyty zespołu Strachy Na Lachy.
Massive Attack kazał nam czekać na swoje nowe pełnowymiarowe wydawnictwo aż siedem lat. To długo aby zapomnieć o niezbyt udanym „100th Window”. To też „być albo nie być” bristolskiego zespołu. Wszak każdy szanujący się fan grupy oczekuje muzycznych frykasów po tej płycie.
Jeśli chciałoby się scharakteryzować muzykę zespołu Lao Che, należałoby użyć pojęcia cross over; jest to zbitka wielu naleciałości stylistycznych, począwszy od muzyki spokojnego ambientu, a skończywszy na ciężkim, mrocznym i posępnym rocku.
Kolejna odsłona imprezy cyklicznej HIPHOP STATION w klubie muzycznym METRO w ten wtorek i następny też, następny, następny również jeżeli będzie ogień!
Zjawili się we właściwym momencie. W ostatniej chwili. Gdy naprawdę już mało kto dawał się nabrać na przedwcześnie ogłoszoną "gitarową rewolucję XXI wieku". Gdy wstyd było dalej wmawiać sobie, że rock and roll is not dead. Gdy kolejny gitarowy zespół z krain brytyjskich lub krain zjednoczonych, który miał być objawieniem kończył się po dwóch płytach.
O uzależnieniu od muzyki, Australii i …śledzia, życiu singla i fenomenie Listy Przebojów Programu Trzeciego z Markiem Niedźwieckim rozmawia Mariusz Rajkiewicz.