

Kiedyś było Grono, gdzie w poszczególnych wątkach prowadzono ożywione dyskusje, potem Nasza Klasa, która przynajmniej zafundowała nam sentymentalną wycieczkę. W końcu odkryto Facebooka. Międzyplanetarne centrum lansu, bezdennej pustki i dennego nadęcia. Atrapa przyjaźni, manifest upodobań, życie na pokaz.
Myślę, że zawsze będę pamiętać moment, w którym dowiedziałam się o tym, co wydarzyło się w minioną sobotę. Co wtedy robiłam, w jaki sposób tę wiadomość odebrałam. Nie nazywam tego, co się tam wydarzyło, bo jeszcze nie potrafię. Kiedy piszę te słowa mija półtorej doby od kiedy dotarła do mnie ta informacja i nieustannie rozważam różne jej aspekty. Ta sytuacja jest złożona i wielowątkowa, jednocześnie będąc okrutnie prostą. Zginęło 96 osób.
Głodna jestem. Czy to nie najlepszy dowód na moje człowieczeństwo? Taka temperówka tego całego kultu jednostki. W ramach tej cechy cierpię, ewoluuję, zabijam, oczyszczam się, mobilizuję. Ba, oddziałuję z ambony i pism świętych na wiernych, strajkuję, manifestuję, tresuję swoje ciało, zostaję modelką.
Zjawili się we właściwym momencie. W ostatniej chwili. Gdy naprawdę już mało kto dawał się nabrać na przedwcześnie ogłoszoną "gitarową rewolucję XXI wieku". Gdy wstyd było dalej wmawiać sobie, że rock and roll is not dead. Gdy kolejny gitarowy zespół z krain brytyjskich lub krain zjednoczonych, który miał być objawieniem kończył się po dwóch płytach.
Sztuka kulinarna oraz zwyczaje żywieniowe stanowią podstawowy element kulturowej mozaiki świata. Ich związek z kulturą jest skorelowany na wielu poziomach. Na którymś z nich przycupnęły seriale. Tak, tak - te niechciane wrony, co ich pełno.
Moja słaba silna wola regularnie kieruje mój wzrok, dłonie i inwestycje na czekoladę. W kostkach i w batonach, przekonałam się nawet do czekoladowych lodów. A kiedy uda się czwarty tydzień bez czekolady i myślę: "ha - mogę to rzucić w każdej chwili!", ta wraca ze zdwojoną siłą w postaci Pawełka z nadzieniem toffi, tabliczki z orzechami i (podkreślam, "i" a nie "lub") kubka gorącej czekolady ze skórką pomarańczową.
Prowizorka. Powiedzcie, czy to słowo ma negatywny wydźwięk? Dla mnie niekoniecznie. Kojarzy mi się raczej z zaradnością, tworzeniem czegoś z niczego, wiecie, MacGyverem, harcerzami, naszymi rodzicami urządzającymi swoje wymarzone M2 z przydziału, raczkującym marketingiem i wieloma, wieloma innymi rzeczami powstającymi w Polsce w latach 90-tych. Moimi ulubionymi zresztą.